Nagrody i koszmary

Text_2

Magdalena Gałkowska, laureatka min. Nagrody im. Jacka Bierezina, ostro o poetyckich nagrodach a także poetach przecenionych i niedocenionych

Zdaję sobie sprawę, że może odgrzewam trochę przyschnięte już kotlety, ale celowo czekałam, aż emocje opadną, bo na temat artykułu Andrzeja Franaszka napisano już właściwie wszystko. Entuzjaści współczesnej, poetyckiej nowomowy powiedzieli swoje, feministki powiedziały swoje, pojawiły się też nieliczne, sensowne i dobrze uargumentowane wypowiedzi (patrz Maria Beszterda w Gazecie Wyborczej). Nawet bogu ducha winny bohater artykułu Mariusz Grzebalski na ostatnim spotkaniu w CK Zamek w Poznaniu również powiedział swoje.

Zabawne jest to, że tak powszechnie hejtowane, poetyckie życzenia Franaszka spełniły się w pięknym stylu, kiedy Mariusz otrzymał w kategorii książka roku nagrodę Silesiusa za tom „W innych okolicznościach”. Osobiście doskonale rozumiem Andrzeja Franaszka i jego tęsknoty, choć zgodzę się z opinią, że ujął je dość nieudolnie i strzelił sobie w krytyczną stópkę, niemniej jednak postulat poezji, która gwarantuje przeżycia nie tylko intelektualne, ale też emocjonalne jest mi bardzo bliski.

W związku z kolejnymi nominacjami do kolejnych nagród, werdyktami różnej maści jurorów itp. mamy wysyp wypowiedzi i artykułów „na temat”. Przyznaję, werdyktem Silesiusa w kategorii debiut zachwycona nie jestem, ponieważ (jak wielu moich szanownych przedmówców w tym temacie) również uważam, że bardziej ta nagroda należała się pozostałym współnominowanym, z tą jednak różnicą, że według mnie powinien ją dostać Kamil Brewiński i nie dlatego, że nie unika (znienawidzonego przeze mnie do imentu) „semantycznego i składniowego ryzyka”, ale dlatego, że to ryzyko jest wpisane w jego twórczość; że ten facet poezję nie tylko rozumie, ale także – a może przede wszystkim? (o ironio) – czuje. Tymczasem wygrała poezja moim zdaniem bezbarwna, pozbawiona nerwu i przewidywalna. Nie pierwszy i nie ostatni raz, więc przełknijmy ten fakt i dajmy żyć.

Martwi mnie bardziej to, że może Franaszek ma jednak rację? Przeczytałam niedawno wpis na blogu jednego z poetów i organizatorów/działaczy, który narzeka na fakt, że na spotkanie z innym, mądrym, ciekawym i sensownym poetą prawie nikt nie przyszedł, podczas, gdy na spotkania grafomanów różnej maści walą tłumy. Byłam na wielu spotkaniach mądrych, sensownych i ciekawych poetów, na których publiczność liczyła góra siedem osób. Sęk w tym, że rzesze mądrych, sensownych i ciekawych poetów piszą tak, że niezorientowany w temacie, niewyrobiony literacko czytelnik nie będzie w stanie tego zrozumieć, że wszystkie konotacje, smaczki, intertekstualne puszczanie oczek pozostanie niezauważone, bo wygra miła, prosta i toporna grafo o dupie maryny. Tu można by rozwinąć dyskusję o tym czego od poezji oczekuje czytelnik, ale bądźmy szczerzy – czytelnik nie wie, czego ma oczekiwać, bo nie jest wyedukowany, więc bierze jak leci i co za serce chwyta, że akurat mądra, ciekawa i sensowna poezja za serce nie chwyta, a jeśli nawet, to nie bezpośrednio, to poza nami nikt jej tak naprawdę nie doceni. I w tym momencie już dzielimy poezję i czytelników, a według mnie nie można wymagać od humanisty, żeby myślał jak inżynier i vice versa. Druga strona medalu – czy wobec tego poeta powinien pisać tak, by być zrozumianym? Nie, poeta niczego nie powinien, poeta może chcieć i walczyć. Dlatego śmieszą mnie utyskiwania na niską frekwencję na spotkaniach poetyckich; dlatego śmieszy mnie obarczanie wyimaginowaną winą kogo popadnie, podczas, gdy problem tkwi w nas samych. Nie zmusimy czytelników, żeby mas słuchali, możemy ich tylko zachęcić i tu jest kolejny wybór – jak to zrobić.
Wiola Grzegorzewska na Porcie Literackim w artykule „Przeciw festynizacji kultury” pisze: „Moim zdaniem nagrody literackie mają sens wtedy, kiedy towarzyszą im działania kulturotwórcze: organizatorzy angażują publiczność, przygotowują panele dyskusyjne, warsztaty dla młodzieży oraz spotkania z autorami.[…] Jeśli zaś nagroda jest tylko sezonową zadymą medialną połączoną z huczną galą i afterparty, to zdecydowanie nie wpłynie ona na wzrost zainteresowania książkami.” – i tu całkowita zgoda.

O Porcie Literackim i Nagrodzie Literackiej Gdynia wielokrotnie już była mowa, dlatego chcę nadmienić o Nagrodzie im. Klemensa Janickiego, której wręczenie towarzyszy festiwalowi Poznań Poetów i jest jednym z wydarzeń festiwalu. Co z tego, skoro na Poznań Poetów zapraszane są wciąż te same nazwiska, jak gdyby organizatorzy bali się zaryzykować, bali się pokazać kogoś mniej znanego, nie otrzaskanego z korytem i „środowiskiem”? Co z tego, że są spotkania autorskie, na których zwykły czytelnik boi się zabrać głos, bo najczęściej po prostu nie wie o co zapytać? Z całym szacunkiem dla Zadury, Sosnowskiego i całej reszty śmietanki, ale do dwudziestolatków bardziej trafią Brewiński, Koteja i Sajkowski. Cała trojka zaczynała swoje zmagania ze słowem na internetowych forach, cała trójka kontestuje rzeczywistość, choć każdy z nich w inny sposób. Kamil Brewiński (debiut „Clubbing”) wieczny buntownik, postać kontrowersyjna i bezkompromisowa, a jednocześnie z wielkim wyczuciem poetyckim i wrażliwością na słowo. To, że umie pisać, było dla mnie oczywiste, ale książką mnie ogromnie zaskoczył na plus. Dawid Koteja (debiut „Trupy, trupy”) kojarzony przede wszystkim jako slamer, zresztą jeden z najlepszych slamerów jakiego mamy obecnie, jednocześnie dobry poeta, nie uciekający od współczesnego języka, potrafiący z tego języka „robić wiersze”. Jakub Sajkowski (debiut „Ślizgawki”) dwa razy nominowany do nagrody im. Jacka Bierezina, wyróżniony na festiwalu Złoty Środek Poezji, oraz świeży stypendysta Miasta Poznania. W październiku tego roku ukaże się jego druga książka. Trafią nie dlatego, że to poezja lekka łatwa i przyjemna, ale dlatego, że mówią językiem dwudziestoparolatków, że ich twórczość nie jest poetycką masturbacją, że nie odcinają kuponów, bo nie mają od czego i nie mają powodu. Taka twórczość ma szansę wpływać na wzrost zainteresowania książkami, bo na pewno nie wpłynie nagradzanie debiutów smakujących jak dziesiąty raz odgrzewany hamburger.

Obecna sytuacja w literaturze przypomina mi trochę polskie kino lat dziewięćdziesiątych, kiedy w prawie wszystkich filmach grali: Linda, Pazura, Kondrat, Lubaszenko, a młodych zdolnych w owych czasach obsadzano co najwyżej w romantycznych komediach na żenującym poziomie. W naszej piaskownicy do znudzenia te same nazwiska, a jak już jest szansa na rozkręcenie serialu z sensem, to główną rolę dostają klony. I rację ma Wiola Grzegorzewska pisząc, że nagrody literackie powoli stają się nagrodami wydawnictw albo nagrodami jurorów i to ich głównie promują, a nie tych, których powinni. Najświeższy przykład – tegoroczny Złoty Środek Poezji, który po śmierci Artura Fryza całkowicie zawłaszczył sobie TOPOS i zrobił „przez TOPOS, z TOPOSEM i w TOPOSIE” w stylu : dzięki ci składamy, bo wielka jest chwała twoja. Możemy coś z tym zrobić? Nic nie możemy, jedynie się irytować, a gdy ochłoniemy – pośmiać z własnej zapalczywości. Możemy za to zorganizować społeczną zrzutkę na wydanie dobrych książek, jak np. w przypadku Joanny Dziwak czy Piotra Janickiego. Inicjatywa świetna i jak widać – działa, w dodatku staje się powoli alternatywą dla trzęsących tyłkami wydawnictw. Co jeszcze możemy? Przestać się obawiać konkurencji i mówić głośno o tych, których pisanie warto poznać, przestać się obawiać, że zajmą nam miejsce na półce, bo zaprawdę powiadam wam, półka owa nieskończenie długa jest i wszyscy się spokojnie zmieszczą. Obawiam się jednak, że chodzi głównie o to, iż trochę trudniej będzie się pogodzić z faktem, iż młodzi zdolni sprzątną nam sprzed nosa pieniążki z prestiżowych nagród. Mnie osobiście natomiast najtrudniej jest się pogodzić z tym, że promujemy głównie swoje (mniej lub bardziej naruszone) tyłki. Nawet niektórzy z tych „robiących coś dla innych”, dbają głównie o to, by to ich działania zostały zauważone. Uprzedzając ewentualny hejt: tak, jestem niereformowalną czterdziestoletnią idealistką, nienawidzącą lansu i pozerstwa. Konkludując: komu potrzebne są nagrody? Poetom, jurorom i wydawnictwom. Komu powinny być potrzebne? Czytelnikom.

Magdalena Gałkowska ur. 1975 r. Publikowała m.in. w „Odrze”, „Tyglu Kultury”, „ProArte”, „Czasie Kultury” oraz antologii „Solistki. Antologia poezji kobiet 1989-2009”. Laureatka nagrody głównej XIV konkursu poetyckiego im. Jacka Bierezina w 2008 roku oraz XIV Tyskiej Zimy Poetyckiej 2014. Autorka książek poetyckich: „Fabryka tanich butów” 2009,”Toca” 2012 i „Fantom” 2014.

Fot. Autorki: Dorota Surdyk

Tekst jest rozszerzoną wersją wpisu z blogu Magdaleny Gałkowskiej http://fabrykatanichbutow.blogspot.com/

POLECAMY

Komentarze

komentarzy

Powiązane wpisy

Udostępnij