Siwczyk o wierszach Kaźmierczaka

Text_2

Specjalnie dla naszego portalu Krzysztof Siwczyk pisze o wierszach wokalisty grupy Variete

Obrazy zapadają w pamięć? Pamięć wydaje się rodzajem fenomenu wertykalnego, wydobywa z głębi czasu co bardziej atrakcyjne szczątki rzeczy, zapachów, sytuacji. Obrazy, które zapadły w pamięć, leżą na jej dnie jak potrzaskane rozetki, które układamy w mniej lub bardziej czytelne symbole, w momencie, jak zwał tak zwał, próby? Wiersze Kaźmierczaka to próby czasu. Teksty te próbują się z czasem, rzecz jasna przegrywają i wygrywają jednocześnie, i bawią się w przewrotne gry, ale o tym za moment.
Mam przed oczami zdjęcie poety, raster właściwie. Zreprodukowany towarzyszył rozmowie, jaką z autorem Głodu i przesytu przeprowadzili w latach 90. redaktorzy pisma literackiego ”Nowy Nurt”. Nie pamiętam, co mówił Kaźmierczak. Mam niejasne przeczucie, że wydawał się rozmówcą powściągliwym, że wskazywał na ścisły związek między brzmieniem słów i dźwięków. W spotkaniu słowa poetyckiego z muzyką upatrywał źródła intensywnie sensotwórczego. Mniej więcej podobną intuicję wokalista Variété przedstawił w odautorskim komentarzu, będącym elementem filmu ”Variété – muzyka bez końca”. Trudno z poetą się nie zgodzić. Teksty i muzyka Variété to organizm faktycznie zbiorowy. Rafał Skonieczny, autor wyboru wierszy Kaźmierczaka Centra, zaryzykował jednak sekcję. Mamy więc wgląd w przyczynę fenomenu znanego pod nazwą nowofalowej formacji.
Wszystko, co stanowiło o wyjątkowości tej grupy, mieści się na dobrą sprawę w literze pisma. Kaźmierczak i owszem dysponował i nadal dysponuje fenomenalną manierą melorecytacji. Niemniej zawsze miał co melorecytować. Lata 80. na polskiej scenie tekściarskiej zapisały się tyleż złotymi zgłoskami, co całymi zdaniami, wśród których przynajmniej trzy wcielenia polszczyzny sięgają daleko poza horyzont tekstu do muzyki. Śmiem twierdzić, że sporo poezji znajdziemy tak w tekstach Tomka Lipińskiego z okresu ”czarnej płyty” Brygady Kryzys, jak i Tomasza Adamskiego z czasu zimnofalowej Siekiery oraz właśnie Grzegorza Kaźmierczaka. W potężnym uproszczeniu i z dużą dawką humoru przyjmijmy, że pierwszy był poetą polityki i metafizyki, drugi apokaliptykiem, trzeci natomiast egzystencjalistą. Nic więc dziwnego, że pierwszy wszedł do powszechnego użycia, drugi zamilkł, a trzeci przez całe dekady wiódł żywot peryferyjno-samotniczy. Jakże komicznie, w tej perspektywie, brzmi diagnoza Pawła Kukiza wygłoszona w wspominkowym filmie o Variété. Kukiz twierdzi, że fraza ”klaszczę w dłonie by było mnie więcej” jest rodzajem nawoływania zabiedzonego rockmana o uwagę publiczności (sic!).

Być może Kaźmierczak jakoś specjalnie nie terminuje u Sartre`a, ale już z ”Obcym” Camusa bohater jego wierszy może mieć coś wspólnego. Wyobcowanie jako generalny parametr sytuacji egzystencjalnej, jaką zastajemy w najstarszych, reprezentowanych w Centrach, tekstach być może nie odbiega od standardowego punktu wyjścia liryki lat 80. Jest jednak wzmocniony o gest niebezpiecznej uniwersalizacji, wyprowadzanej wprost z przekonania o wygaśnięciu źródła transcendentnego, o zaniku chociażby najlichszej, holistycznej mrzonki. Radykalnie fragmentaryczne wiersze Kaźmierczaka z lat 80. znajdują swoje piękne miano w dystychu zamykającym wiersz ”Ustaw reflektory w przód”: ” Jeżeli jest wyjście / to poza planem”. Otóż sporo wierszy poety kreśli warianty ucieczek z planowanej rzeczywistości, w której mechanicznie rozrysowano (kto rozrysował? jaką kreską?) współrzędne upadku w czas, w śmierć, w, jak sugeruje Rafał Skonieczny, różewiczowskie nic. Problem w tym, że Kaźmierczak pracuje w języku ahistorycznej skargi, w faktycznych zaklęciach ”jedynego” na pustyni, po jakiej hula li tylko wiatr – częsty rekwizyt generujący w tych wierszach grozę posuchy sensu. Co ciekawe, datowany na rok 1990 tekst ”Drobny piach”, będący rodzajem mistycznego repetytorium zaprzęgniętego do pracy w warunkach upadającego mitu paruzji, poprzedza w układzie Skoniecznego ważny, choć o dwa lata ”młodszy” wiersz ”Ruch”, gdzie mit ten jest jeszcze utrzymywany przy życiu poprzez zastosowanie przewrotnej logiki odwrócenia porządku, sympatycznych skądinąd, zbawień. W stosunkowo dużej części dorobku poetyckiego Kaźmierczaka znać poważną pracę redystrybucji symboli, słów-kluczy, kodów kulturowo-religijnych. Gesty te jednak nigdy nie wykraczają poza fazę dyskusyjnego i dyskursywnego przyspieszenia frazy wiersza, jak elegancko prezentuje to finał liryku ”Gdy przyniosą cud”: ”Gdy przyniosą cud będzie martwy”. Prosty zabieg dopowiedzenia tytułowego, infantylnego oczekiwania, amortyzuje nadzieję dokładnie w momencie, kiedy mogłaby popaść w nadmierne fantazje spełnionego prawdopodobieństwa. Całe zdanko natomiast, w jakiś ciekawy i niezobowiązujący sposób, uruchamia poważną problematykę religijną i czyni to bez radykalizacji właściwej wyznaniu ”wiary-niewiary”.

Być może Kaźmierczakowi zawsze zależało, żeby jego bohater podróżował w tym wąskim paśmie martwej strefy między ”lustrem nie lustrem”, gdzie dzieje się świat i jego upiorne odbicia, gdzie dzieje się źle, ale niekoniecznie mamy do czynienia z jakimś upostaciowionym w kodzie kulturowym złem. Jakże mocno ”bez muzyki” brzmi wiersz ”Na marne”, którego możliwości odczytań otwierają się niepokojąco otchłannie, zwłaszcza, kiedy uświadomimy sobie, że pastoralną puentę poprzedza morowy, trumienny seans:

Na marne

Ubieram martwe
w marynarskie ubranko
szukam mu miejsca
miejsca nie ma

Siedzi leży
lustro nie lustro

Owijam kołdrą z pierza
z pierza rodzą się
dzikie gęsi

Jeżeli jakkolwiek możemy mówić o metodzie konstruowania obrazów napięcia i zagrożenia w tych wierszach, to być może polegałaby ona na szybkim montażu fragmentarycznych historii z obrazami ”innego porządku” – być może jakiegoś porządku lepszego, a przynajmniej bardziej przejrzystego. Zupełnie trafna wydaje mi się uwaga Rafała Skoniecznego, że bohater Kaźmierczaka jest otwarty na światło sensu porządkującego chaos doświadczenia, czy też kieruje się w stronę doświadczeń harmonijnych, sygnalizowanych w twórczości z lat bieżących. Owszem ruch ten jest dostrzegalny, ale nieznaczny. Być może bierze się faktycznie z dykcji zmiennej, poszerzonej o kontekst publicystyczno-opisowy, czy też o bardziej witalne pasmo odbioru świata w kategoriach nasłuchu i dialogu. Wiersze z lat dwutysięcznych czasami działają jak pudła rezonansowe, emitując echa zasłyszanych gdzieś formuł, którymi próbujemy obłaskawiać digitalną współczesność oraz jej symulacyjny charakter, co rozumiem jako synonim świętobliwego podejścia do rzeczy, których charakter wydaje nam się skończony, bo nazwany. To nieważne, że formułą obiegowego powiedzonka, które dla nikogo nie znaczy już nic, albo dla każdego oznaczać może wszystko. Coś z tego, tautologicznego, zaduszkowego i święcie martwego, języka rzeczy tego świata, mieści się w takim fragmencie z roku 2012:

Drugi listopada

Po zrobieniu tych wszystkich rzeczy
które uważałeś za absolutnie niezbędne
zwolniło się pole
przedmioty rozsunęły się trochę
tramwaje w kopnym śniegu
wycinają śliskie tropy
wyrzucam w górę czapkę
a ona nie wraca

Jak to więc jest z porządkiem wertykalnej ułudy? Z dołu do góry czapka ta leci? Nie dowiesz się tego czytelniku tych wierszy, choć do nich powrócisz.

Grzegorz Kaźmierczak Centra. Wybór i przedmowa Rafała Skonieczny. WBPiCAK, Poznań 2014r.

Komentarze

komentarzy

Powiązane wpisy

Udostępnij