Rocznica Brunona Jasieńskiego

Text_2

17 lipca 1901 roku urodził się Brunon Jasieński, polski futurysta. Jego  biografia i tragiczny jej koniec powoli odchodzą w zapomnienie, chociaż ten pojedynczy ludzki los powinien  być przestrogą dla kolejnych pokoleń poetów – rewolucjonistów.

Dla przypomnienia tej ważnej postaci polskiej literatury publikujemy kilka jego wierszy oraz pieśń „Epitafium dla Brunona Jasieńskiego” Jacka Kaczmarskiego wraz autokomentarzem autora.

Tango jesienne

Jest chłodny dzień pąsowy i olive.
Po rżyskach węszy wiatr i ryży seter.
Aleją brzóz przez klonów leitmotiv
Przechodzisz ty, ubrana w bury sweter.

Od ściernisk ciągnie ostry, chłodny wiatr.
Jest jesień, szara, smutna polska jesień…
Po drogach liście tańczą pas-de-quatre
I po kałużach zimny ciąg ich niesie.

Dziś upadł deszcz i drobny był, jak mgła.
W zagonach błyszczy woda mętno-szklista.
Wyskoczył zając z mchów i siadł w pół pas.
Słońcempijany mały futurysta.

Po polach straszą widma suchych iw,
A każda iwa, jak ogromna wiecha…
Aleją brzóz przez klonów leitmotiv
Przechodzisz ty samotna, bezuśmiecha…

I tyle dumy ma twój każdy ruch
I tyle cichej, smutnej katastrofy.
Gdy, idąc drogą tak po latach dwóch
Ty z cicha nucisz moje śpiewne strofy.

 

Marsylianka

nie będę więcej sławił żadnej z dam
ani jej imię w śpiewnych strofach pieścił
odkąd ujrzałem cię raz pierwszy tam
w tym dziwnym, nigdy nie widzianym mieście

pamiętam wieczór jak wytarty gwasz
i w bramach domów przykucnięty przeraz
gdym nagle w tłumie ujrzał twoją twarz
i zrozumiałem że to właśnie t e r a z

ulica drgała wijąc się jak wąż
migotał witryn kolorowy miszmasz
i wiatr dął słodszy niźli ust twych miąższ
na których pręgą wyciśnięty krzyż masz

i nagle tłumu obolały guz
rozorał obłęd jak płomiennym zębem
i ktoś olbrzymi rękę w górę wzniósł
i w blachę słońca długo bił jak w bęben

a potem nagi poplamiony bruk
i bladych ludzi pierzchające garstki
uniosłem w oczach tylko chust twych róg
i twój niebieski kołnierz marynarski

nie wiem czy znajdę gdzieś o tobie wiesc
czy mi się tylko cała wśnisz w legendę –
wiem, że cię zawsze muszę w sobie nieść
i w każdej twarzy już cię szukać będę

śni mi się gorzki morskiej wody smak
gdzie przepływ w portach liże barki barek
i mam pod czaszką wieczny trzepot flag
i serce w piersi skacze jak zegarek

wiem to się stanie w jeden duszny zmierzch
będę szedł tłumem i jak lampa migał
aż się przeleje mój krzyk przez wierzch
i miastem wstrząśnie jak olbrzymi dźwigar

z rozpędu trzaśnie w moją głowę mur
i nagle przejdzie mój ochrypły bas w alt
ujrzę przed sobą biały chłodnik chmur
a pod głowami nieba twardy asfalt

wtedy o wtedy – – czuję szat twych wiew –
i zapach rąk twych poznam każdą tkanką
klękniesz i z twarzy mi obetrzesz krew –
kochanko moja smukła marsylianko

Finish

Czytały mnie białe panienki
Z podkrążonymi oczyma
I podkreślały ołówkiem
Pornograficzne stroniczki…
Ja jestem małym lift – boyem,
Którego nikt nie trzyma…
Ja jestem małym lift – boyem
W domu pąsowej księżniczki,

Na 120 piętro

Wożę jej bladych kochanków.
Wożę naiwnych kochanków
Do zamku Chryzolindy.
A potem czekam za drzwiami,
Czekam cierpliwie poranka
A potem strącam każdego
W zieloną przepaść windy…
Ja jeżdżę tam i na powrót.

Ja jeżdżę tam i na powrót.
Ja nie śpię nigdy we dnie
Ja nie śpię nigdy w nocy.
Szeregi nowych kochanków
Pukają ciągle do wrót
I nikt nie pyta, dlaczego ?
I nikt nie krzyczy, pomocy !
Bezszumnie chodzi winda

Ciągle i ciągle głodna.
Bezszumnie wchodzą ludzie.
Bezszumnie trzaskają1 drzwiczki.
Dopiero tego wieczoru,
Kiedy nie dojdzie do dna,
Mnie będzie wolno nareszcie
Przekroczyć próg księżniczki…
Czytały mnie chore dziewczynki,

Jak bajkę z różowej feerii.
Czytali mnie starsi panowie,
Spierali się z sobą czasem…
Ja jestem małym lift – boyem
W szytej, złotej liberii.
Ja jestem małym lift – boyem
Z szerokim czerwonym lampasem…

Czytali. Czytali. Czytali.

Kiwali głowami do taktu.
ścierali się z sobą czasem.
Miarowo. Rytmicznie. Na głos…
I jak tu nie tańczyć na głowie,
Kiedy świat jest cudowny ? I jak tu…
Panowie, Panowie, pozwólcie !
Ja chcę pocałować was w nos !

 

Upał

białe pomarańczowe żółte
płyty trotuarów w tańcu
prostytutka samochód detektyw
długi kinematograficzny łańcuch
półobłąkane jasnowidzenia
jednochwilowych perspektyw

panie cedzą przez słomki mazagran
zaciągnięte w czarne rękawiczki
i uśmiechają się powłóczyście
przechodzącemu artyście
na czarujące good-bye

kwintet na balkonie zagrał
potpourri z m-me butterfly

oglądając się trwoznie na drogę
po której chodzi tłusta i spocona bona
dzieci fortyfikują skwer
białe zdenerwowane panienki
z czerwonymi wypiekami na twarzy
założyły nogę na nogę
oddychają prędko czekają
może się kto odważy

tramwaj auto fox-terrier

przybiegł chudy z długimi włosami
mówił groził wymachiwał sapał
coś tłumaczył coś bardzo usilnie
nagle zacząłl podskakiwac jak piłka
i rozleciał się jak na złym filmie
zostawiając mdły nieznośny zapach
i w powietrzu dużą pustą dziurę
tramwaj skręcił niespodzianie z szyn
nie zważając na gwizdki konstablów
i potoczył się w góre po rynnie
konie służą na dwóch łapach jak pudle
ślepy żebrak w słomianych sabotach
wzbudzający ogólne współczucie
frunął żywcem do nieba na szczudle

z kina wyszedł autentyczny max linder
w staromodnym angielskim surducie
i przechodząc szeroką ulicą
wpadł pod pierwszy jadący autobus
ogólnie szanowany profesor x
z british collegium
z głową łysą jak globus
odparzywszy podeszwy od rozgrzanych płyt
najniespodziewaniej zdjął cylinder
i na głowie udał się do swojego mieszkania
przy ul. backer-street

spadła oknem zadyszana goła
spazmowała paanowie paanowie
koła koła koła koła
zatańczyły zaskakały zatłukły
aaa 22 na lewo jeden zatrzymać
zaraz wszyscy 8 bez czapek
biegł upadł wstał wył
wołał płakał krzyczał tupał
– – – – – –
był
upał

 

Brunonowi Jasieńskiemu jedną ze swoich pieśni poświęcił Jacek Kaczmarski. Oto jego komentarz do tego tekstu.

Z poezją Jasieńskiego zetknąłem  się po raz pierwszy w latach siedemdziesiątych w Teatrze Ateneum przy okazji wystawienia „Balu manekinów” . Byłem zafascynowany jego poezją, która jest zupełnie narkotyczna. Te motoryczne wiersze idę młody genialny, ta fraza niesłychanie muzyczna. To była jedna z pierwszych piosenek pisanych na Zachodzie, gdzie bezustannie prowadziliśmy  dyskusje polityczne z Francuzami, którzy nam wbijali do głowy, jaki wspaniały jest komunizm, tylko myśmy nie dostrzegli jego zalet, i być może Związek Sowiecki jest państwem zbrodniczym, ale to wynika tylko z wypaczenia wspaniałej idei. I oczywiście dla mnie naturalnym odruchem było sięgnięcie po historię Brunona Jasieńskiego, bo to jest właśnie modelowy przykład zarażenia się, zafascynowania nowym ładem, pójścia do końca i poniesienia najwyższej ofiary za tę fascynację. Odrzucenie Zachodu, wyjazd tego dandysa, eleganta do Związku Sowieckiego, potem kariera w aparacie partyjnym. No, coś niebywałego zupełnie dla poety! I potem śmierć w czeluściach kolejnej czystki. Zatem w połączeniu z tą jego modernistyczną poezją aż się prosiło, by to nazwać właśnie jego językiem. W jaki sposób intelektualista, artysta, Europejczyk, pakuje się w paszczę niedźwiedzia ze śpiewem na ustach.

Z rozmowy z Jolantą Piątek w cyklu audycji w Radiu Wrocław – „Za dużo czerwonego”, opublikowanej w miesięczniku „Odra” , 483 (II, 2002)

 

Z dokładną biografią Brunona jasieńskiego oraz wybraną bibliografią tekstów na jego temat można zapoznać się tutaj: http://culture.pl/pl/tworca/bruno-jasienski

POLECAMY

Komentarze

komentarzy

Powiązane wpisy

Udostępnij