Kępiński o jednym wierszu Świetlickiego

Text_2

Piotr Kępiński o wierszu „Białe przepaście”  Marcina Świetlickiego

 

Białe przepaście

Białe przepaście.
Gdybyś coś
naprawdę kochał
lub był przywiązany
– naprawdę: nie byłoby ich.

Ręce i stopy są pełne spadania

– co trzyma mnie za język?

Taka scena. Marcin Świetlicki rozdaje autografy i sprzedaje swoje książki po jakimś spotkaniu w Teatrze Ósmego Dnia w Poznaniu. Na biurku leży foliowa torba, do której upycha pieniądze. Ludzie stoją w kolejce i kupują „37 wierszy o wódce i papierosach”. Świetlicki uprzejmy i wpisuje, co trzeba. Za oknami dosyć zimno, ale jeszcze nie ciemno. Na ciemność przyjdzie jeszcze czas. Teraz jest czas rozdawania autografów. Młodzież, która wtedy była młodzieżą, ale teraz już nie jest, mówiła młodo i żwawo. Jak młodzież mówi dzisiaj? Czy mówi Świetlickim? Wtedy do bólu mówiła i było to nieznośne. I chyba Świetlickiego nie czytała. Tak jak nie czyta się poetów, którzy są modni, a na dodatek występują na scenach całej Polski z repertuarem własnym, rozprzedawanym później na płytach.

Pamiętam, że jeszcze podczas moich studiów, długich i nieznośnych, kolega, który w chwilę później wyjechał do Paryża, przyniósł na wydział wiersz. Jakiś intrygujący kawałek to był. Może nie był piękny, ale intrygował czymś nieznanym. Wiele lat później uświadomiłem sobie, że był to odbity na powielaczu wiersz Świetlickiego. Było w nim o mieście, które będzie należało do niego.

Jak napisał, tak się stało. Po paru latach krytycy znienawidzili wiersze, które przyniosły mu wielką popularność. On sam zaczął siebie nie lubić w swoich wierszach. A we mnie pozostały „Białe przepaście”, które o poezji Świetlickiego mówią prawie wszystko. Swoją ukrytą ironią, ekshibicjonizmem, romantyzmem i antyromantyzmem, klimatem z Trakla i Celana, nieopisanym jeszcze przez nikogo i miejmy nadzieję, że tak zostanie.

Krata mowy jest udręką, a jednocześnie wybawieniem. Gdyby nie ona, nie mielibyśmy niczego. Najmniejszej nawet nadziei. Jeżeli nasze ciało jest na skraju i wszystko zmierza ku wymazaniu siebie ze świata, z pomocą przychodzi język. Pozwala balansować na powierzchni, spacerować po wulkanie. Dzięki językowi powstają białe przepaście, białe plamy, których w życiu realnym nie da się ominąć. Człowiek wpada w nie i nijak nie może wygrzebać się z zimna rozpaczy albo pominięcia. Zapada się w nie łagodnie, a potem nie ma wyjścia. Albowiem myli się ten, kto sądzi, że życie w języku nie naraża piszącego na rany. Naraża na rany. A czasem i na śmierć. Bo pisanie to przechodzenie z jednego świata w drugi świat. Bez żadnych paszportów, obligacji i ubezpieczenia kupionego w dobrym towarzystwie reasekuracyjnym. To zadanie dla genialnych wariatów albo dla ludzi kompletnie nieświadomych swego istnienia.

Świetlicki, jak się zdaje, nie należy ani do jednych, ani do drugich. Jako twórca do bólu świadomy swoich metafor zręcznie steruje czytelnikiem. Zmusza go do karkołomnych wycieczek, lekturowych powrotów, nieznanych mu wcześniej życiowych wyborów. A jednocześnie w wierszach Świetlickiego nie ma najmniejszej nawet wyrafinowanej spekulacji. Jest wielka intuicja językowa, genialna wręcz chęć niepodobania się poprzez umiłowanie siebie samego. Albo na odwrót. I narracja, która fascynuje wielowątkowością, autobiografizmem. Czego w tych wierszach nie ma? Jest wszystko. Cała Polska okresu przejściowego, okresu korupcyjnego. Świetlicki niepocieszony, pocieszony, Świetlicki robiący w telewizji „Pegaz” (kto dzisiaj pamięta o tym programie kulturalnym?). Przyjaciele, pijaństwa, okresy abstynencji. I ten jeden wiersz. Jakże skromny przy „Tobole” czy „Henryku Kwiatku”. A jednocześnie jakby w tych kilku słowach z „Białych przepaści” skupiła się cała poetyka autora „Zimnych krajów”. Jakby w nich zaistniał świat pojedynczy, uderzająco podobny do niektórych fraz Paula Celana. W zasadzie Świetlicki nie przywołuje tego poety w swoich wierszach. A w tym przypadku odstępstwo od reguły. Ale jakie piękne i niebezpieczne.

Tak samo niebezpieczne jak „Wymazywanie” Thomasa Bernharda, które również odzywa się w „Białych przepaściach”. Bernhard mówi: nienawidzę mojego kraju, nienawidzę północnego klimatu, nienawidzę mojej rodziny. Świetlicki powtarza: mam kłopoty z obecnością, mam kłopoty z klimatem, który czyni z ludzi zwierzęta, mam kłopoty z rodziną. Ale tych dwóch autorów łączy znacznie więcej niż te proste wyznania. Chęć życia w izolacji, a jednocześnie niemożność tego życia. To specyficzne rozdwojenie sprawia, że lektura „Wymazywania” ze strony na stronę staje się „książką Świetlicką”. Bo przecież ile w wierszach autora „Trzeciej połowy” tęsknoty do innego życia, do życia w celi, pustym pokoju. Otaczają go stada ludzi, ale on potrzebuje czegoś innego, czego w zasadzie nie nazywa. Bernhard też ucieka od definicji. Jego bohater z rodzinnego austriackiego, katolickiego i narodowosocjalistycznego Wolfsegg wyniósł się do Rzymu. Wyniósł się z północy na południe, gdzie ludzie nie wyglądają w zimie jak zwierzęta, nie noszą czapek, szali i grubych kurtek. Tam ludzie wyglądają jak ludzie. Nie utrudniają sobie życia. Kiedy mają ochotę na krzyk – krzyczą, ale zaraz o tym krzyku zapominają. Nie tłumią go w sobie jak nieszczęśni ludzie z północy, którzy zanim zapłaczą, muszą to solidnie przemyśleć. Domy ludzi z południa są piękne jak pałac, w którym mieszka bohater „Wymazywania”. Do takich miejsc na placu Minerva chce się wracać. Bo na południu nawet hierarchia jest ludzka, tworzona niemal każdego dnia na nowo. A hierarchia północna jest sztywna, nienaruszalna. Obóz koncentracyjny – powiedziałby autor „Zimnych krajów”. Austriacka śmierć – dodałby autor „Wymazywania”. Bernhard uciekł ze swojego pierwszego miejsca i do teraz na nie narzeka. Świetlicki nigdzie się nie ruszył i też narzeka. Ale jakże odmiennie ci autorzy pojmują przestrzeń. W wierszach Świetlickiego przestrzeń jest dosyć zawężona i z lekka klaustrofobiczna. Dla Bernharda poszerzanie przestrzeni stało się prawdziwą obsesją. Jakiś swoisty masochizm unosi się nad tą poezją i prozą. Przyciąganie i odpychanie, wielkie skrajności, bez których nie powstaje wielka literatura.

Świetlicki zaciera ślady po swoich namiętnościach. W jego wierszach nie padają wielkie słowa, a jeżeli się pojawią, z miejsca są wyśmiewane. Ale w „Białych przepaściach” i w paru innych tekstach poeta ten przywołuje słowo miłość. I nie w tym ma ironii. Nagle język Świetlickiego staje się poważny, czasami aż nadto sentymentalny. Wkraczamy w inny świat. Tak jak w „Wymazywaniu” codzienny teatr staje się nieistotny, a prawdziwe uczucie zajmuje najważniejsze miejsce w literaturze. Dwaj ironiści zmieniają się w ludzi, którzy szukają. Wystarczy przeczytać „Białe przepaście”, by zrozumieć, że nie samym językiem żyje człowiek. Wystarczy przeczytać „Wymazywanie”, by zrozumieć, że nie sama nienawiść powoduje Bernhardem.

Czy ci dwaj autorzy piszą dalszą część „Czarodziejskiej góry”? Czy chcą zrozumieć świat, który jest dla nich nie dostępny? Niewykluczone, że Kopiec Kościuszki i Wolfsegg położone na wzgórzu to ich Davos. A język, którym się posługują, to tylko upoetyzowana wersja języka codziennego, który istnieje na wyciągnięcie ręki. I o to właśnie chodzi. Białe przepaście są na wyciągnięcie ręki. Wyciągają nas z domu i każą robić rzeczy niespodziewane i niegodne. Wychodzimy wtedy na skraj i balansujemy życiem.

W filmie Sofii Coppoli „Między słowami” stary, niegdyś znany aktor przyjeżdża do Japonii, by wziąć udział w filmie reklamowym. Wchodzi do swojego pokoju, rozbiera się, wygląda przez okno i widzi morze wieżowców, kolorowe ulice. I puste sine niebo. O czym wtedy myśli? A o czym myśli Scarlett Johanson, grająca żonę zapracowanego fotografika, który jest właśnie u szczytu karjery i także przyjechał do Japonii? Czy życie w samotności jest przeznaczeniem? Bohaterowie „Między słowami” rozpaczliwie chcą poznać kogoś bliskiego. Bohater „Wymazywania” tak często podkreśla, że bardziej kocha ludzi prostych niż intelektualistów, że staje się to niewiarygodne. A co robi Świetlicki?

Ciało jest pełne spadania, mowa się wznosi ponad ciało. Doczesność za nic ma życie, poezja pogrąża się w życiu. Literatura odwróciła się od moralności i etyki. Teraz triumfy święci nicość. Tak wygląda świat u schyłku wieku i na początku wieku przyszłego. Bo chociaż przełom już nastąpił, to jeszcze nikt nie przystawił odpowiedniej pieczęci. Może dlatego, że zbyt wiele się dzieje. Niewykluczone, że jeszcze coś się wydarzy. Ale my na to nie czekamy. Dla nas nic to nie znaczy. Nasze życie uciekło przed słowami. Nasze słowa nie uwiodły życia. Na nic zdały się lektury i śmierci naszych bliskich. Na nic zdały się prośby tych, którzy zawsze proszą. Nic z tego. Wyjechaliśmy, chociaż tylko kilka kilometrów dalej. Na tyle daleko, żeby nikt nie rozpoznał naszej twarzy. Na tyle blisko, żeby nasz cień był jeszcze widoczny.

(Wiersz „Białe przepaście” został opublikowany w tomie: 37 wierszy o wódce i papierosach. IW Świadectwo, Bydgoszcz 1996)

Komentarze

komentarzy

Powiązane wpisy

Udostępnij