Kornhauser przypatruje się rzeczywistości

Piotr Kępiński o wierszu Powrót Juliana Kornhausera. Szkic znalazł się w książce „Rzeczy do nazwania. Wokół Kornhausera” (WBPiCAK).

„Odczuwam rzeczywistość wokół siebie i próbuję te odczucia interpretować” – powiedział Julian Kornhauser w jednym z wywiadów. „Tak zacząłem w latach siedemdziesiątych i wciąż to robię” – podkreślił w rozmowie z Jolą Workowską w roku 2006. Janusz Drzewucki w eseju Nic czyli wszystko, zamieszczonym w zbiorze Charakter pisma dopowiada: „…poeta od tego, co się dzieje na jego oczach, oddziela to, co się stało i się nie odstanie”.
W istocie – w świecie poezji Kornhausera cezury czasowe są znaczące. To, co było – nie trwa. To, co jest – za chwilę straci sens lub bezsens. Co będzie – jest w gruncie rzeczy mało istotne. I zapewne dlatego autor Innego porządku nie opisuje utraconej Arkadii dzieciństwa ze łzami w oczach, bo jej już nie ma, a może też nigdy nie było, nie trywializuje, nie posługuje się lirycznym photoshopem, nie ubiera wierszy w dziwne słowa, nadmiernie nie pseudonimuje, nie podkręca też swoich tekstów: bo odczuwa, tu i teraz.
Tę ciągłość słychać w każdej prawie książce poetyckiej Kornhausera. A jednak każdy tomik jest inny. W każdym autor Stanu wyjątkowego zaczyna formować swoją poetykę na nowo, pozostając wierny tylko jednemu, a mianowicie prawdzie i obrazowi. Jego książki nie są ani „demiurgiczne”, ani też „drogowskazowe”.
Kornhauser przypatruje się rzeczywistości oczyma ludzi normalnych (nie tych „filologicznych”), zastrzegając, że to, co dla niego najważniejsze, to dialog, także ten indywidualny. Bywa, że czytelnik ma wrażenie, że starszy Kornhauser spiera się z Kornhauserem młodszym. Na pewno wiersze tego autora nie należą do przewidywalnych, choć styl jest rozpoznawalny na pierwszy rzut oka.
Z wielości tematów podejmowanych przez Kornhausera można by zapewne skomponować encyklopedię polskich grzechów, ran i politycznych traum, a także katalog zachowań normalnych powszechnie nieuważanych za specjalnie poetyckie.
Podobnie jak poezja Stanisława Barańczaka wiersz Kornhausera kojarzy się z szarością, szybą, obserwacją – sumowaną, z reguły trafną kodą, chociaż, poza „pokoleniowością” niezbyt wiele łączyło tych autorów.
Jak pisał Janusz Drzewucki:
Poeta… patrzy przez okno. Można powiedzieć, że nic nie robi, ale tylko z pozoru nic nie robi. Słucha muzyki, widzi zachodzące słońce, poruszające się na wietrze drzewo, mężczyznę kupującego w kiosku gazetę, czuje, wie, utwierdza się w przekonaniu: „Jestem tu na swoim miejscu,/ choć daleko od siebie/ i od własnej, niepowtarzalnej przeszłości” (Tu). Patrzymy przez okno razem z nim, razem z nim milczymy. O przeszłości wiemy tylko tyle, ile pamiętamy, niezależnie od tego, czy rozumiemy z tego, co przeżyliśmy, cokolwiek, czy nie. O przyszłości nie wiemy nic, nie jesteśmy nawet pewni, czy przyszłość istnieje. Wiemy tylko, że jesteśmy tu i teraz, że tu i teraz jesteśmy. I to jest życie, to jest jego sens.
Doskonale pamiętam pierwszą książkę Kornhausera, po którą sięgnąłem. W fabrykach udajemy smutnych rewolucjonistów (1973) było jak objawienie. Te pozornie proste frazy wchodziły do głowy, jak filozoficzne definicje, na które czeka się latami, a pod którymi chciałoby się podpisać pełnym imieniem i nazwiskiem, zawłaszczając je na zawsze.
Podobnym objawieniem bywały także książki Barańczaka, Krynickiego czy Leszka Aleksandra Moczulskiego.
Stanisław Burkot w eseju Było – nie minęło pisał:
Łączyło ich [poetów Nowej Fali – przyp. aut.] – przy całym późniejszym zróżnicowaniu – przeświadczenie o potrzebie odnowy języka poetyckiego. Z nieufności do metafory – wyraźnej u Juliana Kornhausera i Adama Zagajewskiego, widocznej w ich debiutanckich tomikach wierszy – rodzi się przeświadczenie o potrzebie wiarygodności w nazywaniu zjawisk codziennego życia, takiego, jakie ono jest, nie poddanego mistyfikacjom i metaforycznym przekształceniom. Konsekwencją tego założenia był postulat uczestniczenia poezji („sztuki poetyckiej”) w kształtowaniu świadomości zbiorowej, wkraczanie „emocjonalne” w społeczno-polityczne i kulturalne „teraz”. Wkraczanie bezpośrednie, nie zakamuflowane „metaforyczną” metafizyką.
Dokładnie, jak w wierszu Powrót napisanym w roku 1981, „gdzieś w Polsce” (utwór opublikowany został dopiero w tomie Kamyk i cień, Poznań 1996):
powrót do życia
na ranny kontynent który śpi
w zaspach przeszukanego śniegu
 
(w pustym pociągu
który przejeżdża przez ukochany kraj
anonimowy konduktor lub hycel
manifestuje swoje niezadowolenie)
 
powrót do życia?
raczej przemyt do rany
 
obmacany poniżony
wracasz z innej rzeczywistości
bez potrzebnych dokumentów
 
brakuje taśm
nieprzejrzystej błony
która pokryłaby pamięć
puls nieustającej wojny
 
muskularny porządek
sypie się jak kłosy
a europejska rodzina narodów
macha kolorowymi chusteczkami
 
znowu zostaliśmy na drugi rok
w tej samej klasie
nauczyciel śmieje się pod wąsem
 
szkolne nawyki odpowiadania
na każde pytanie
zamieniły się w kurczowy
ruch ręki
kiedy profesjonaliści
z podziwu godną pedanterią
obchodzą święto ciosów
 
ziemia rozkołysana na falach
wielkich słów
zdąża do portu przeznaczenia
 
a ty
wciśnięty w skafander niewiedzy
stoisz przed własnym domem
z błyszczącymi oczami
 
Wigilia 1981, gdzieś w Polsce
Gdyby zrezygnować z przypisu określającego czas i niedookreślone, ale jednak paradoksalnie bardzo konkretne miejsce, wiersz ten zyskałby dzisiaj zaskakująco świeże i podobne znaczenie. I chyba też na tym polega siła poezji doskonałej, że czytając ją po latach innym wzrokiem, nie dostrzegamy upływu czasu.
Obciążeni bagażem nieodległej historii, patrzymy na nią poprzez doświadczenia dzisiejsze i odkrywając miejsca wspólne, inaczej definiujemy siebie, pozostając w rozkroku pomiędzy minionym a teraźniejszym. Dlaczego w rozkroku? Przede wszystkim dlatego, że trudno nam odróżnić minioną teraźniejszość od namacalnej rzeczywistości, z którą obcujemy dzisiaj. Zbyt wiele tu podobieństw i natrętnych skojarzeń.
„Wydzielony” czas teraźniejszy Kornhausera z roku 1981 przeniósł się, prawie nienaruszony w dzisiejszą rzeczywistość.
O czym to świadczy? Naturalnie o tym, że chociaż historia się nie powtarza, to zawsze jest taka sama, a ludzie niezmiennie zadają ciosy, oddają ciosy, noszą wąsy, a potem je golą, poniżają albo są poniżani. W tym wierszu brzmi nie tylko mroźna rzeczywistość lat 80., którą się czuje do dzisiaj, ale także letnia atmosfera dzisiejszej grozy.
Bo przecież Powrót to wiersz metaforycznie nie-metaforyczny. To z jednej strony powrót do domu z podróży, powrót z nocy do dnia, ale też powrót do społeczno-politycznych „stałych fragmentów gry”. Żadnego zaskoczenia. I żadnego wybawienia. Mamy to, co widzimy. I tylko ufny i jak zawsze zdezorientowany człowiek nie wie, co ma ze sobą zrobić. Kiedyś jechał przez kraj, czy też przez sen, z duszą na ramieniu, co się za chwilę stanie (aresztowania, czołgi na ulicach?), dzisiaj patrzy „w skafandrze niewiedzy” i widzi manifestacje populistów, wojnę na Ukrainie i w Syrii. W telewizji ogląda takie same spektakle nienawiści, spogląda na twarze uchodźców, którzy przekraczają granice bez dokumentów, „bez potrzebnych dokumentów” (co za porządki?) – i słucha komentarzy, które bolą.
Zatem Powrót się nie zestarzał, co więcej – dopełnił się nowymi znaczeniami, które sprawiają, że wiersz z kontekstu lat 80. wkroczył w sferę uniwersalną będącą naturalnie do przewidzenia, niemniej jednak bardzo skomplikowaną i wielopoziomową.
Świat stanu wojennego był przecież dosyć prosty w wymowie: „muskularny porządek” był dziełem ludzi znanych z imienia i nazwiska, dzisiejsze porządki i nie-chaosy bywają lepiej zakamuflowane i semantycznie sprytniejsze. Tamta rzeczywistość, którą pamiętam tak samo doskonale jak Kornhauser, miała jeden wspólny multi-mianownik – strach, niemoc i wykluczenie. Teraźniejszość bywa myląca: terminy i znaczenia przefiltrowane przez ponowoczesność potrafią ludzi wyprowadzić na margines i spowodować mimowolne unicestwienie, co niekoniecznie musi usprawiedliwiać głupoty, które w imię tej semantycznej niewiedzy popełniają.
W Powrocie – tym najlepszym wierszu o polskim stanie wojennym (niewiele tak dobrej literatury dotyka tego czasu, zliczyć ją można na palcach dwóch rąk), bohater tekstu staje przed swoim domem „z błyszczącymi oczyma”, zatem choć jest w środku, w sobie, we śnie, w podróży, nie jest nawet wewnątrz swojego domu. Powstaje pytanie, gdzie jest ów dom? Został odebrany, czy może powrót został zabroniony przez anonimowego władcę? A może w ogóle go nie było? Nie ma jasnej odpowiedzi, możemy się tylko domyślać, że skoro w latach 80. „domem” bywały ośrodki odosobnienia, bywało, że „domem” bywały komisariaty milicji, na których ludzie potrafili spędzać wiele godzin, to znaczy, że rzeczywistość w schizofrenicznym wymiarze potrafiła tak totalnie człowieka zawłaszczać, że ten tracił świadomość bytowania: „obmacany poniżony/ wracasz z innej rzeczywistości bez potrzebnych dokumentów”.
A dzisiaj? Wybudzony kontynent, znowu obserwuje, jak „europejska rodzina narodów macha kolorowymi chusteczkami”, już nie Polakom, ale (jakiś czas temu) Albańczykom, Bośniakom, Serbom, Chorwatom, a teraz uchodźcom z Syrii i krajów północnej Afryki. Na dworcach kolejowych Mediolanu i Monachium formuje się nowy kształt poharatanej Europy – a „ziemia rozkołysana na falach wielkich słów” domyka stare znaczenia.
Albo przeciwnie: otwiera nowe znaczenia jak Katalonia, szukająca niepodległości. Bo Polska pozostaje, jak zawsze, w rozdarciu, które Kornhauser w Powrocie przejmująco szkicuje.
Można powiedzieć: Polska zawsze była popękana. Cała nasza historia to przecież cięcia i rysy; nomen omen najwyższy szczyt Rzeczpospolitej to Rysy w Tatrach: wysokość 2499 metrów nad poziomem morza – z czego można wyciągnąć zupełnie fantastyczny wniosek, że polskie rany nie są głębokie, tylko wysokie, ku niebu skierowane, z niebem i absolutem związane, co jasne jak słońce dla każdego tutaj urodzonego. Co więcej, oprócz tego, że pocięta była ta nasza historia, to na dodatek zawsze nachodziła na jakąś inną historię. Nie zawsze pokojowo. Czasami absolutnie kolonialnie. Moje pokolenie żyło jeszcze w przeświadczeniu tej sielsko-polskiej niewinności. To my zawsze byliśmy ofiarami. Nam należy się współczucie. Rzadko patrzyliśmy w lusterko wsteczne, żeby zobaczyć miny tych narodów, które od nas dostawały po nosie: Ukraińców, Litwinów, Żydów.
Rysa tak doskonale widoczna, nie tylko w tym wierszu autora Orgiami, ale praktycznie we wszystkich jego dziełach, jest bolesna. „Powrót do życia?” – pyta Kornhauser i odpowiada – „raczej przemyt do rany”.
I chociaż żyjemy dzisiaj w innej rzeczywistości, która „dekoracyjnie” zbliżyła nas do Berlina czy Amsterdamu, to ideowo tkwimy jednak w starym świecie, a podział kraju na kilka warstw i konkurujących ze sobą meta-rzeczywistości jest faktem, z którym trudno dyskutować. Mam wrażenie, że w Polsce „nauczyciel śmieje się pod wąsem” cały czas, nie zważając na okoliczności. Nie mam też wątpliwości, że ów nauczyciel, chociaż edukuje innych, sam nie nabył stosownej wiedzy, powtarzając z uporem prawdy sprzed lat, nie weryfikując ich ani trochę. Czytając Powrót po latach, zadawałem sobie pytanie: czy jadę dzisiaj przez inny kraj? Czy fakt, że jadę dobrą drogą, mijając syte sklepy i lepiej ubranych ludzi, sprawia, że Polska stała się prawdziwym „domem”? Nie do końca.
Ksenofobia wylewająca się z prawicowych gazet, napisy na murach, taksówkarz mówiący do mnie nie dalej jak wczoraj: „wie pan, lewicę to do gazu”, przyzwolenie na chamstwo i pogardę, sprawia, że mniej więcej co drugi dzień czuję się „obmacany poniżony”. I ciągle czytam Powrót jak wiersz teraźniejszy i uniwersalny. Czy chciałbym przeczytać tekst Kornhausera bez kontekstu? Tak. I czytałem ten wiersz wielokrotnie na Litwie i we Włoszech. Działa podobnie. I sens rozważań Kornhausera nie znika. Zdaje się, że brzmi nawet pełniej.
Zatem najważniejsze może nie być konkretne miejsce na ziemi, ale historia, która – jak napisałem – nie powtarzając się, powtarza wielokrotnie.
I nigdy się nie kończy. Niestety.