Siena i Herbert

O Sienie i Herbercie pisze Piotr Kępiński

Powiedzmy sobie to szczerze, Siena to pipidówa. Pachnie zadupiem, bez dwóch zdań.
Pierwszy raz przyjechałem tutaj trzydzieści dwa lata temu i przeraźliwie bolał mnie ząb. W aptece na Piazza del Campo, znajomy ojca kupił jakąś lichą tabletkę. – W zębie dziura? – No, jest, jest – mówiłem. I aptekarz dał fantastyczny lek, który w ową dziurę należało włożyć. Ból miał minąć po pięciu minutach. Nie minął. Pamiętam, że poszedłem do katedry, kupiłem czerwony przewodnik, który mam do dzisiaj. Wdrapałem się na Torre del Mangia, zobaczyłem krajobraz, zszedłem a ząb rwał jak szalony. Był sierpień i temperatura w cieniu grubo przekraczała czterdzieści stopni. Ciepło ból potęgowało i zabijało we mnie krajobraz, katedrę i wszystko to o czym tak ładnie piszą ci, którzy wytrwale kochają Toskanię.
Po wąskich ulicach jeździły wtedy samochody. Na Torre można było wejść za friko, do katedry zresztą też. Żadnych wycieczek, żadnych kolejek, na ścianie hotelu „Tre Donzelle” („Trzy dziewuszki”) nie było jeszcze ogromnej tablicy informującej, że mieszkał tutaj wielki poeta polski – Zbigniew Herbert. W aptekach zamiast solidnych leków przeciwbólowych, jakaś słabizna. Nie to co teraz. Dzisiaj aptekarz niechybnie poczęstowałby mnie jakimś mesulidem i byłoby po sprawie. Wiem, że na receptę ale we Włoszech nie taki to znowu problem rzecz po ludzku załatwić…

Teraz przyjechaliśmy z Rzymu autobusem firmy Eurolines. Dwie dyszki w jedną stronę. Straszny hotel w centrum za dych siedem. Dowcipny kierowca, który przedstawił się jako Franco („według włoskiego prawa w autokarze trzeba zapiąć pasy” – powiedział po włosku, po czym dodał po włosku, że powiedział to samo po angielsku, hiszpańsku i niemiecku, czyli pasów nie zapinaj, rób sobie co tam chcesz) grzał autostradą ostro i już po trzech godzinach dojeżdżaliśmy do miasta. Ostatni fragment drogi z Sinalungi do Sieny – pokiereszowany z lekka i wyzębiony nie sprawił bynajmniej, że Franco zwolnił. Parł odważnie do przodu nie zważając na umiarkowanie ostre zakręty i pędzące równie odważnie jak on wozy strażackie i ciężarowe.

No i jest. Siena o której Herbert pisał, że nie pachnie już bukszpanem tylko benzyną. Benzyną? Na pewno nie dzisiaj. Teraz w Sienie unosi się zapach potu turystów, piwa pitego przez gówniarzy z Erasmusa i gołębiego gówna. Samochodów w centrum jak na lekarstwo. Wszędzie czysto, jak nie przymierzając w Turynie czy jakimś Rovigo. Sklepy spożywcze wyglądają jak banki, cukiernie przypominają wyrafinowane salony jubilerskie, banki zaś to prawdziwe pałace a teatry miejskie, zwyczajne teatry w których występują nie jakieś gwiazdy a miejscowi amatorzy nie są specjalnie mniejsze od naszych oper narodowych czy teatrów wielkich.

I cisza jak makiem zasiał ale jest druga po południu, to dlatego. Wszyscy wsuwają, to co tam tutaj mają: pici (z grubsza: grubsza pasta wyrabiana z mąki i wody), ribollitę (prosta zupa warzywna z kawałkami chleba w środku, choć nie zawsze) i chleb niesolony. Idziemy do restauracji, która tuż przy naszym hotelu o dumnej nazwie La Perla (jaka zmyłka) i zamawiamy wszystkiego po trochu. Smutna kelnerka donosi, sprząta, dolewa i wylewa. L. pyta ją jak się żyje tutaj, bo pusto trochę. No i się zaczyna. – Skąd przyjechali? Z Rzymu? A ile autobus kosztował? Dwadzieścia cztery euro? Nie chce mi się wierzyć. Ale z drugiej strony ja do Kalabrii płacę czterdzieści cztery. Czterdzieści cztery euro za zwyczajny autobus do Kalabrii! Dacie wiarę.
Dajemy. Wierzymy również w to, że turyści dzisiaj nie przyjeżdżają tutaj jak dawniej na kilka dni, czy nawet na tydzień, tylko na parę godzin zazwyczaj z Florencji i jadą dalej. To widać, bo ulice puste. I tylko raz na jakiś czas przemyka tabun spoconych i spragnionych bo choć kwiecień to gorąco. – Dawniej wydawali czterysta euro, teraz ledwo czterdzieści, tak ludzie mówią a ja w to wierzę, bo mój sklep zbankrutował, to chyba tak jest.
No ale miasto zaczyna się powoli budzić. Sklepikarz próbuje głośno przekonać dwie Niemki, że Vernaccia jest najlepsza na świecie, ale one szukają czegoś czerwonego do picia. Kombinuje coś w języku, który niemieckiego nawet nie przypomina. Niemki nieprzekonane wchodzą do pobliskiego sklepu z „niewiadomoczym” w którym przeglądam widokówki na stojaku. Kręcę tym stojakiem w lewą stronę. Po chwili słyszę wyrzut: die falsche Richtung! Odpowiadam: może w Niemczech. O dziwo, dwie pomarszczone nawet śmieją się z żartu.
Znowu ciągnie się sznur dzikich i rumianych. Idę za sznurem. Kręci się sznur i wyciska Sienę jak ścierkę, zapętlając się, przy okazji, z innymi pętlami. Dusi miasto, cegły do domów wypycha, niedopałki na wietrze fruwają, katany śmierdzą, włosy tłuste chłoszczą, paznokcie nieobcięte widnieją. I wszyscy na to muszą patrzeć. Za jakie grzechy, ja się pytam?
Dlatego wchodzimy do księgarni, niedaleko hotelu Herberta, żeby zapytać czy czegoś Herberta po włosku czasami nie mają. Mieć powinni. Wydawany był. Nawet całkiem niedawno. Pięknie, w komputerze Herbert jest. A w księgarni winien być – o, tutaj, pani miła wskazuje ręką miejsce, gdzie Herbert winien widnieć, ale miejsce zajęte przez kogoś innego. – Drabina? Gdzie jest drabina? Nie ma. Podchodzi druga pani i szuka w innym miejscu. Niżej. Pięć minut, dziesięć, piętnaście… To my już pójdziemy. – Może ktoś go ukradł? – zastanawia się sprzedawczyni.
Do Sieny nie zabrałem ze sobą Herberta. Nie przypomniałem sobie „Barbarzyńcy w ogrodzie”, może dlatego, że do dzisiaj pamiętam dokładnie początkowe zdania eseju o Sienie. Może dlatego, że bałem się jak zabrzmiałaby dzisiaj książka, którą kiedyś absolutnie uwielbiałem. Wziąłem za to „Dom włóczęgi” Mariusza Wilka. Nie wiem dlaczego? Przypadek. Wychodząc z domu zgarnąłem ją z biurka i włożyłem do torby. W ciągu trzech godzina jazdy przeczytałem prawie całą. I chociaż dekoracje Wilka, jego doświadczenie i fascynacje nie bardzo pokrywają się z moimi, to rzecz mnie absolutnie urzekła. Może dlatego, że stanowiła świetny kontrast z toskańskimi i umbryjskimi krajobrazami? Mijając Orvieto czytałem opis podróży z Miedgory do Wielikoj Guby. Tu autostrada, zielone góry, wygodny (w miarę autobus); tam jakieś pandemonium, prawdziwe wertepy, błoto, kierowca który jedzie tak wolno, że może spokojnie oglądać sobie telewizję. Tam pijaństwo na całego, popojki znajomych, którzy do spożywania wódki przygotowują się jak do mszy albo do ślubu, na tydzień przed skupują słoninę, papierosy i alkohol, wszystko dokładnie wyliczone, tyle a tyle butelek winno wystarczyć na tyle a tyle dni. Potem odpoczynek, jak po wyczerpującej pracy albo ceremonii. Tu konsumpcja umiarkowana, z podkładem kulinarnym, smakowaniem bardziej to wszystko jest aniżeli zachłannym wchłanianiem świata. Tam otchłań, tu lekko falująca tafla wody.
A może dlatego, że jego poszukiwanie miejsca na ziemi, dosyć niespokojne wypatrywanie ukończonego domu, który nigdy nie zostanie ukończony, jego uparte budowanie własnego języka, tak różnego od języka wszystkich, to w istocie również moje poszukiwania.
Mając jeszcze trzydzieści parę lat myślałem, że całe życie spędzę w Poznaniu, potem skoczyłem do Warszawy gdzie spędziłem kilkanaście lat, następnie nieoczekiwanie wylądowałem w Wilnie, po to by ostatecznie znaleźć się w Rzymie. Kupiłem ze dwa mieszkania, sprzedałem jedno, parę razy wynajmowałem kawalerki, dzisiaj poruszając się po miastach z przyzwyczajenia sprawdzam ceny nieruchomości.
W Sienie na tablicy ogłoszeniowej jednej z agencji czytałem anonse „sprzedam” jak komiks i opowieść w jednym. No i znalazłem. 250 tys. euro, powierzchnia 80 metrów kwadratowych. Z balkonem. I kiedy chciałem odejść od witryny, nadleciał gołąb i popuścił co nieco na moją czarną kurtkę, sieneński sraj obesrał też paru innych przypadkowych ludzi podziwiających ekskrementy na głowach ojców założycieli republiki, których jakiś pomysłowy miejski radny, żeby ptaki mniej obsrywały figury, wyposażył w okratowane otoki zakrywające nieśmiało głowy, że niby wtedy głowy mniej obesrane a gołębie nie mogą też siadać na głowach tych na których srają. No to atakują z powietrza. Udanie.
Miasto faluje jeszcze przez parę godzin ale nie za sprawą lokalnych, którzy chowają się w małych barach, tylko głównie dzięki hordom młodych przewalających się od del Campo po dwie uliczki na których zgromadzona jest większość pubów. O dziwo, w przeciwieństwie do Rzymu, gdzie naprawdę trudno znaleźć jakieś knajpy etniczne tutaj od razu trafiam na meksykańską tawernę, sushi bar, pseudo-chińską pagodę restauracyjną.
Na poważne jedzenie jeszcze jednak czas, no i na pewno nie w knajpie chińskiej czy japońskiej. Teraz muszę znaleźć tę starą aptekę w której sprzedawca wcisnął mi kit. Jest. Po prawej stronie, tuż za sklepem z mydłem i powidłem, schodząc od strony katedry. Ładny napis na zielonym tle. Niestety zamknięta. A szkoda, bo chciałem na moment tam zajrzeć. Niemniej we Włoszech nie znasz godziny w której sklepikarz otwiera biznes i nie znasz godziny o której ów biznes zamknie. Sam sklepikarz tego nie wie. Dzisiaj ma takie zasady, że otwiera o dziewiątej rano, robi przerwę o dwunastej trzydzieści, a jutro jego zasady mogą jednak być zupełnie, jutro sklepikarz może nawet nie złamać zasad ale mieć nowe postanowienia i na przykład zrobi sjestę o godzinie trzynastej. Kiedy zapytasz go dlaczego? Odpowie, że przecież robi tak od czterdziestu lat, więc żadnych zasad nie łamie. On po prostu codziennie wymyśla zasady na nowo. Zasady w kraju bez zasad są przeurocze.
I nie dotyczą bynajmniej tylko sklepikarzy. Na przykład instytucji publicznych i kas biletowych do muzeów. Bilet do Palazzo Publico na Torre del Mangia i muzeum Santa Maria della Scala to razem dwadzieścia euro. Za każde pojedyncze wejście trzeba wybulić dziewiątkę. Gdzie tu sens? A wszystkie muzea przeraźliwie puste. W Santa Maria della Scala naliczyłem dwóch Francuzów, jednego Włocha i dziesięciu cerberów pilnujących, żeby się nie zgubić w tych prostych jak drut pomieszczeniach. A na wieżę Obżartucha kolejka. Ludzie karnie stoją, żeby potem drapać się przez 15 minut pod górę i podziwiać Toskanię, choć widok z niedokończonej części katedry (konkretnie z murów – Facciatone) na tą samą Toskanię wcale nie gorszy.
A dziedziniec i sama wieża totalnie zawłaszczona przez gołębie. Tam już sraje nie mają żadnych zahamowań. Rzec można, że z miejskiego ratusza gołębie uczyniły swój gołębi kibel, albo mega-kibel, bo pomieszczenie to jednak jest olbrzymie, na dodatek tak skonstruowane, że gołębie z wysokości, ze specjalnie skonstruowanych podestów ale i z powietrza (bo dziedziniec bez dachu) mogą atakować zwiedzających. Miasto bierze grubą kaskę za oglądanie ale jednocześnie sieneńskie gołębie ostrzegają: nie myślcie sobie, że to jedyna cena za pobieżne poznanie miasta, my sramy na wasze pieniądze, my tutaj rządzimy powietrzem i wami, to dzięki nam sprzątają ulice, to dzięki nam jest fontanna, etc. etc.
To dlatego nad ranem zgrabne małe samochody do czyszczenia miasta przemykają zaułkami zahaczając zderzakami o mury kamienic jak średniowieczni jeźdźcy zahaczali kiedyś o ceglane frontony ostrogami.
Kupujemy miejscowy chleb z salsiccią, który przypomina babkę ziemniaczaną ale smakuje lepiej, zwłaszcza jak jeszcze ciepły, popijamy wszystko dobrą wodą.
I z okna pokoju hotelowego słyszymy jak jakiś młody facet żegna się matką i ojcem dziękując za świetny weekend: przyjadę niedługo, przyjadę, mieszka się jednak tutaj fantastycznie.
Po chwili rozumiemy sytuację. Dwudziestolatek czekał na autobus na który przywieźli go rodzice. Pogadali chwilę, po czym starzy wsiedli do samochodu, wdepnęli na gaz i błyskawicznie odjechali. A młody wyciągnął komórkę i zaczął inną rozmowę, chyba ze swoją dziewczyną, po francusku: myślałem, że umrę tutaj. Nie, krajobrazy fantastyczne ale duszne to miejsce totalnie. Miasto starych ludzi, nudne jak flaki z olejem.
I wtedy na przegubie jego ręki zobaczyłem trójkolorowy zegarek. Belg. Ojciec na sto procent Włoch. Mama Belgijka. Ona mieszka w Brukseli. Choruje jak tutaj przyjeżdża. Nie docenia jedzenia, za nic ma wspaniałą scottiglię, do ust nie weźmie crostini con cavolo nero, panpepato? cavallucci?

A teraz pora wrócić do Palazzo Publico – jak pisał Herbert. „Tym razem aby spenetrować jego wnętrze”.

„Na pierwszym piętrze dwie ogromne sale: Sala del Mappamondo oraz Sala Pokoju albo Dziewięciu. Ściany ich wypełniają najpiękniejsze sieneńskie freski. Autorem tych, które znajdują się w sali del Mappamondo, jest Simone Martini. Na lewo od wejścia Maesta, pierwsze znane nam dzieło Martiniego, który w rodzinnym mieście musiał zrobić błyskotliwą karierę artystyczną, skoro powierzono mu tak odpowiedzialne zadanie, gdy miał zaledwie trzydzieści lat.
W Sali Pokoju znajduje się malowana między 1336 a 1339 rokiem alegoria Dobrych i Złych Rządów Ambrogia Lorenzettiego, największy (przestrzennie) fresk średniowieczny poświęcony sprawom świeckim. Ambrogio (miał brata imieniem Piętro, także świetnego malarza; obaj zmarli na czarną zarazę) był trzecim po Ducciu i Martinim wielkim sieneńskim malarzem Trecenta. Wiem, że trzeba się tym freskiem zachwycać, ale oświetlenie jest złe, kolory zblakły, zwłaszcza Złe Rządy są prawie nieczytelne.”

Nie sposób inaczej zwiedzać Pałacu, zatem i my idziemy tropem Herberta. Niemniej jednak, powiedzmy sobie to szczerze, to co pisze o Dobrych i Złych Rządach Lorenzettiego wprawia w osłupienie, zwłaszcza w konfrontacji z samym freskiem. Racją jest, że alegoria nie jest w stanie fantastycznym, ale przecież nie można napisać, że Złe Rządy są prawie nieczytelne. Fresk jest, nie dość, że klarowny to nadal aktualny. Przecież to tak naprawdę wspaniały, współczesny komiks o tym, jak o swoich obywatelach myślą politycy: z jednej strony obiecują raj na ziemi, widzimy uśmiechniętych i szczęśliwych ludzi pod troskliwą opieką „tych lepszych”; z drugiej zaś, ruja i poróbstwo, diabeł rządzi światem i ogonem merda, na ulicach zdychają psy, koty i ludzie, śmierć na każdym kroku, ludzie nie przypominają ludzi, ogólny niepokój i wyczuwalne napięcie; kiedy po stronie Dobrych Rządów absolutny spokój i duży luz. Po stronie zła: źli ciągną kobiety za szaty w wiadomym celu, po stronie dobra: kobiety z kobietami chodzą pod rękę.
Jedna tylko rzecz zastanawia: „dobra” część fresku jest w zdecydowanie w lepszym stanie niż „zła” w której cała masa białych plam. Przypadek? Prawdę powiedziawszy tylko ta kwestia intrygowała mnie podczas oglądania tego niezwykłego arcydzieła.
W uszach dźwięczał Herbert ale jakby już mniej dotkliwie.
Inna sprawa, czy my już na zawsze będziemy w Sienie czy Wenecji skazani na tych, którzy przed nami zobaczyli to samo co my teraz widzimy? Wizualne galery?
Od czasów Muratowa mamy bowiem do czynienia z powtarzaniem Włoch i zaklinaniem przeszłości wmurowanej w ściany i frontony. Chcemy zobaczyć minione, zamiast tego co jest. Italia ma niewątpliwie starą twarz albowiem prawie nikt jej w tym starzeniu nie przeszkadzał. Nic się tu prawie nie zmienia. Ulice są tak samo wąskie jak przed czterystu czy trzystu laty, nowoczesnej architektury na lekarstwo, sztuka dwudziestowieczna też jakoś nie może przebić Michała Anioła i Caravaggia. Każdy nowy parking podziemny jest tutaj wielkim wydarzeniem. A jednak się udało! Moi włoscy znajomi są bardzo dumni, kiedy idąc wspólnie przez miasto trafiamy na takie współczesności.
Budowa metra (rzecz jasna w Rzymie) może trwać dwadzieścia lat i nie mieć końca, bo wykopaliska i cenne znaleziska. Ale to nie dziwi nikogo. Tak musi być. Na to nikt nic nie poradzi. Tylko archeolodzy nie narzekają, bo mają robotę. Gorzej jak w mieście wyschnie źródło pieniędzy, bo wtedy lądują na bruku. Antonella L., znajoma, która z umiarkowanym skutkiem ale z wielkim uporem uczy mnie od jakiegoś czasu włoskiego, opowiadała, że najlepiej zarabiała wtedy kiedy
budowa trzeciej linii metra aż furczała, to znaczy, budowa nitki stała w miejscu bo ona musiała katalogować ruiny. Przesiadywała pod ziemią całe dnie, od czasu do czasu, oprócz starych cegieł wygrzebując z mułu dziwnie współczesne znaleziska, na przykład foliowe woreczki z dokumentami i pustymi portfelami, które złodzieje przez otwory w ulicy wyrzucali zabierając uprzednio cenne karty kredytowe i gotówkę.
No ale o czym tu gadać, dla każdego poważnego obserwatora takie historie nie są wiele warte. My chcemy Włoch jak z obrazka i albumu o renesansowych arcydziełach. Dlatego wydeptujemy wydeptane ścieżki. Poniekąd nie da się inaczej. Ale kiedy wybudują Włosi (a współczesnych architektów mają fantastycznych) takie Auditorium w Rzymie (nawet jeżeli już dzisiaj z lekka zdewastowane, jak pisałem wcześniej), to nikomu się nie podoba, choć to dzieło samego Renzo Piano. Kiedy powstanie, tuż przy via Calderini gdzie mieszkam muzeum Maxxi, pies z kulawą nogą się tam nie pofatyguje (to wprawdzie Zaha Hadid, niemniej jednak kasa włoska).
Bo my chcemy Sieny starej i ładnej.
I pewnie nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt, że we Włoszech oprócz obrazów, kościołów i zabytków mieszkają także ludzie, którzy swoją przeszłość ciągle dopieszczają niemniej jednak mam wrażenie, że w sposób kompletnie inny niż my, przybysze z innych światów. Dla nich to część życia, to chleb codzienny, który codziennie pachnie inaczej.
Pewnie rozbawiłby ich widok Marka Zagańczyka, który prawie płakał, kiedy
San Gimignano zobaczył innymi oczyma niż Iwaszkiewicz i Rajnfeld. Jaki problem? Teraz to znaczy inaczej ale nie zawsze gorzej.
Hebert marzył o tym, żeby ktoś przechowywał zapachy sprzed lat, żebyśmy mogli je porównywać. A przecież, ten sam Herbert stygmatyzował miasto, którego nie widział na oczy a zawyrokował, że niezbyt ciekawe: Rovigo. Powtarzał za nim to samo Zagajewski. Dopiero Dariusz Czaja wysiadł na tej stacji, przeszedł się chwilę i napisał, że faktycznie, może lepiej nie wysiadać, bo nic interesującego w murach. Mury jak mury. Ale przecież, to miasto wydało najlepszych włoskich rugbystów! Tak, tak. Włochy i rugby? Że to się za bardzo nie łączy? Otóż, łączy się i to bardzo ładnie.
A drużyna Rugby Rovigo Delta to mistrzowie nad mistrzami. Klub został założony jeszcze w ubiegłym stuleciu, konkretnie w roku 1935 przez niejakiego Dino Lanzoniego, studenta medycyny, który zafascynował się tym sportem podczas studiów. Rugbyści z Rovigo sukcesy zaczęli odnosić dopiero po wojnie, między rokiem 1951 a 1990 zdobyli aż jedenaście tytułów mistrzowskich a tacy zawodnicy jak Mario „Maci” Battaglini, jego brat Checco czy Ercole Ponzetti i Elio De Anna stali się w miasteczku bogami.
Ostatnimi czasy, nie powodzi im się podobno najlepiej. Po śmierci zasłużonego prezydenta klubu Carlo Bego wpadli w jakieś tarapaty, z których wygrzebać się mogą.
Ale to twardzi zawodnicy więc sobie poradzą, jak starożytni Rzymianie, którzy w końcu ten sport wymyślili. Bo przecież rugby do Włoch tylko powraca. Harpastum, praprzodek tej angielskiej do bólu dyscypliny wymyślili wszelako nie mieszkańcy Londynu i okolic, tylko legioniści, którzy rozpropagowali ją w całym imperium.
„Według opisów pochodzących ze starożytności gra miała dwie wersje. Pierwsza polegała na umieszczeniu piłki poza linią końcową boiska, które miało kształt prostokąta zbliżonego do dzisiejszego boiska do piłki nożnej. Piłkę głównie podawano z rąk do rąk, dopuszczalne było również jej kopanie. W drugiej wersji chodziło o utrzymanie piłki na swojej połowie i nieoddanie jej przeciwnikom. Piłka nie mogła dotknąć ziemi.
Gra była dość brutalna. Przeciwnika można było zatrzymywać czepiając się go i walcząc z nim. Można było przewracać przeciwnika. Stosowano chwyty duszące. Grano w zespołach liczących od 5 do 27 osób. Kontuzje i rany były na porządku dziennym. Grano twardą piłką. Robiono ją z pęcherza wypełnionego trawą, albo ze skóry zwierzęcej wypchanej trawą lub szmatami. Podobno legioniści Juliusza Cezara grywali głowami pokonanych Gallów.
Mimo brutalności, która u obytych przecież z krwawymi igrzyskami Rzymian wywoływała nieraz protesty, słynny lekarz Galen uważał, że gra jest świetnym ćwiczeniem sprawnościowym.”
Przemysław Iwańczyk kilka lat temu napisał: „Włosi zakochani w rugby? Czy mowa o kraju, w którym calcio kocha się ponad wszystko, a w siatkówkę gra się powszechnie na lekcjach wf.? Tak. Wystarczyło zajrzeć przed tygodniem do tamtejszych gazet. „La Gazzetta dello Sport” nie Mario Balotellemu i jego dwóm bramkom w debiucie w Milanie, ale rugbistom poświęciła pierwszą rozkładówkę w poniedziałkowym wydaniu.
Euforia wybuchła po trzecim w historii zwycięstwie nad Francuzami w dorocznym Pucharze Sześciu Narodów, czyli rozgrywanych od ponad wieku nieoficjalnych mistrzostwach Europy. Triumf na Stadio Olimpico w Rzymie oglądało 80 tys. kibiców, przed telewizorami miliony”.
Iwańczyk wie o czym pisze a co ja sam widuję od czasu do czasu, kiedy w Rzymie odbywają się te mecze. Całe rodziny walą na nie, taszcząc ze sobą wózki, babcie i dziadków.
I jeśli dzisiaj pytać Włocha z czym kojarzy mu się Rovigo, to w odpowiedzi usłyszymy zawsze: z rugby, rzecz jasna.
No i z katolicką rozgłośnią Radio Kolbe…
A Siena to z kolei koszykówka. Mens Sana Basket, to najstarsza drużyna we Włoszech, którą sponsoruje najstarszy na świecie bank, na którym od stuleci opiera się nie tylko Siena ale i cała okolica.
Nie wiem, czy to żart, czy prawda ale podobno co drugi mieszkaniec Sieny w taki czy w inny sposób związany jest z owym bankiem, który powstał w roku 1472. Miasto-państwo powołało wtedy do życia bank Monte di Pieta. Wczoraj był to moloch, arcy-korporacja, zatrudniająca ponad trzydzieści tysięcy ludzi, obsługująca ponad cztery miliony ludzi, wielki gracz, nie tylko na rynku na włoskim ale i europejskim.
Dzisiaj bank jest bankrutem z kosmicznym niedoborem kapitału. I sieneńczycy śmieją się, że freski przetrwały, niezniszczone zostały średniowiecznie ulice, gdy tymczasem nieśmiertelny bank pogrążyły toksyczne pożyczki – cokolwiek to znaczy, nie wróży niczego dobrego. Bo związki toksyczne, jak doskonale wiemy, zazwyczaj kończą się tragicznie. Jeszcze kilka lat temu bank dawał miastu na ochronę zabytków prawie 100 milionów euro. Z czasem suma ta stopniała do niespełna trzech milionów euro. Teraz pod znakiem zapytania stoi odrestaurowanie ogromnego średniowiecznego hospicjum Santa Maria della Scala. Z niczym odeszli z banku przedstawiciele contrad. Menedżerowie klubu koszykarskiego też pewnie nie są pewni jutra.
A przecież do niedawna grały w nim takie sławy jak Krzysztof Ławrynowicz (Kšyštofas Lavrinovičius), zawodnik Żalgirisu i reprezentacji Litwy, który zawsze podkreślał swoje polskie pochodzenie: „Nasza babcia [bo w reprezentacji gra także brak Krzysztofa, Dariusz] pochodzi z Zielonej Góry. Potem pojechała do Wilna i zamieszkała na Litwie. Mój tatko urodził się tutaj. U mnie paszport litewski, ale my Polaki jesteśmy.”
Nie wiem jak dzisiaj Ławrynowiczom powodzi się na Litwie, Dalia Grybauskaite dała im swego czasu jakiś ważny medal, niemniej przed wieloma laty, byli wplątani w wyjątkowo paskudną aferę, z gwałtem w tle.

Chodząc po ulicach nie zauważyłem ani jednej flagi klubu, ani jednego anonsu meczu, przypadkowi ludzie pytani o Montepaschi machali rękoma: lepiej idźcie do katedry, po co na mecz?
W ogóle wszystkie pytania o koszykówkę były zbywane, jakby trochę niewygodne. Koszykówka może przepaść, ale nasze święte palio zostanie, podobnie jak zabytki i freski.
Bo każdy sieneńczyk jest święcie przekonany, że nie ma na świecie piękniejszego rynku niż Piazza del Campo.
A Palazzeto dello Sport, gdzie rozgrywane są mecze? To karzeł w porównaniu z tym co wybudowano tutaj wcześniej.
Trochę żartuję. Bo nie taki znowu karzeł. Biorąc pod uwagę, że mieście żyje ok. 50 tys. ludzi, czyli nie tak znowu dużo, trochę mniej niż w takiej np. Łomży czy Pile, to do Palazzetto wchodzi ok. 6 tys. kibiców. Mało? I bilety tylko trochę tylko tańsze niż wejściówki do katedry czy do ratusza.
Ale do katedry da się wejść za darmo. Zwłaszcza w niedzielę, na godzinę jedenastą. Dziwna to msza. Przed bocznym wejściem do świątyni, już na kwadrans przed rozpoczęciem nabożeństwa czuwa specjalna gwardia wyjaśniająca, że teraz będzie msza, zwiedzanie zabronione ale pomodlić się można. Grupa Holendrów wytrwale po angielsku coś wyjaśnia oddźwiernemu, niemniej jednak ten, nie rozumiejąc ni w ząb, powtarza tylko – messa, messa, i basta. Nie wchodzą. Wchodzą za to inni cwani, sprytni i spoceni.
W ławkach, z nogami elegancko założonymi na nogi przed nami siedzi angielska para. Facet, na około pięćdziesięcioletni, trzyma duży przewodnik rozłożony na kolanach, kobieta rozgląda się po wnętrzu. Co chwilę zagadują do siebie, pokazują palcami, za nami dwie włoskie babcie z włączonymi komórkami komentują na bieżąco stan architektury: to cud, to cud! Telefon dzwoni: kochanie, zadzwonię za godzinę, jestem na mszy, nie mam czasu teraz.
Po chwili wchodzi ubrany w niebieski dres kibic FC Napoli, ogolony charakterystycznie na pół łyso, na pół z kitką (tak się teraz noszą kibice i młodzi), trzymając za rękę blondynę na wysokich obcasach. Siedzą może pięć minut potem neapolitańczyk próbuje, mimo rozgrywającej się mszy, obejść cały kościół. Niestety, chociaż strażnicy wewnętrzni też gadają cały czas ze sobą, tak że każdy w zasadzie siedząc w ławce może robić zdjęcia, gadać przez telefon a nawet zjeść kanapkę (jak babcie za nami), to jednak ta sztuka nie udaje się nawet neapolitańczykowi. Zostaje usadzony z powrotem. Siedzi minutę, bierze dziewczynę za rękę i wychodzi.
Mszę, choć niedziela zwykła, odprawia biskup, który na koniec błogosławi proporce siedemnastu contrad, które uroczyście wyprowadzane są z katedry, przed którą już kłębi się tłum turystów, dla których ustawiono specjalne barierki, żeby się przed tym pięknem w stanie czystym przypadkiem nie pozabijali.
My wychodzimy, opieprzani jeszcze przez cerberkę, która w końcu zauważyła że jednak robimy zdjęcia, oni wchodzą. Tłum dosłownie wdziera się do katedry. Trzaskają flesze. Buty rąbią w marmur. Dzieci drą się wniebogłosy. Zaczyna się turystyczna przerwa, bo za piętnaście minut, następna msza. I dopiero po niej miastem zawładną przyjezdni.

Jest kwiecień ale temperatura już sięga dwudziestu pięciu stopni, młodzi wylegują się przed katedrą i na Piazza del Campo ale śmieci, jak to bywa w Rzymie, nie zostawiają na placu a zabierają ze sobą. Chociaż w ciągu dnia na kamieniach wyleguje się czasami kilkadziesiąt par albo grup, plac wieczorem nie przypomina pobojowiska, jak chociażby most Duca D’aosta łączący rzymski plac Manciniego ze stadionem Olimpico na którym grają AS Roma i Lazio.
No i nikt nie narzeka tutaj, jak w Rzymie, na jakość internetu. Bo Siena jako jedno z pierwszych włoskich miast już od roku 2007 połączyła wszystkie stare i nowe kamienice systemem łącz światłowodowych. I teraz wszyscy mają sieć supernowoczesną, szybką i wygodną. Nawet w hotelach nikt na internet nie narzeka. W knajpach i barach sieć chodzi jak żyleta.
W ogóle Siena wygląda jak elegantka w średnim wieku, zwłaszcza jeżeli porównać ją z Rzymem. Elegantka z pipidówy, oczywiście. Bo nie jest to jakaś wielka dama ale taka prowincjonalna pani, która ma na sobie wszystko co trzeba. I to wszystko, rzecz jasna jest bardzo drogie, może nawet drogocenne, niemniej jednak nie ma w niej żadnego szaleńczego uroku, żadnego nawet małego defektu, który czyniłby ową panią bardziej ludzką. Czysta, nieludzka perfekcja.
Taka jest Siena, wypucowana do czysta. Na ulicach żadnych śmieci. Zauważyłem, że nawet młodzi ludzi wrzucają niedopałki papierosów do śmietników. Po krętych uliczkach zasuwają śmieciareczki, wyglądające jak bąki. Ekspedientki w sklepach ubrane schludnie, z wielkim dystansem do klienta. I wszyscy dumni absolutnie z tego, że się tutaj urodzili, ale we Włoszech to normalne.
Tutaj wszyscy dumni ze swojego miejsca urodzenia. Nawet ci, którzy przyszli na świat w totalnych zadupiach o których słyszeli tylko wytrwali badacze atlasów i map; nawet ci są dumni. Zobaczyć Włocha skromnego, zażenowanego na przykład nazwą miejscowości w której się urodził, to rzecz niemożliwa. Włoch zawsze jest dumny. Może być biedny jak mysz kościelna, może mieć rozsypującą się chałupę, może mieć emeryturę śmieciową i śmieciowe życie, ale dumny będzie jak król, a jeżeli będzie to Włoch z południa to jego duma będzie jeszcze większa, niż duma Włocha północnego.
Powiedzieć przy Włochu, że jego kraj ma jakieś defekty krajobrazowo-kulinarne (np. że miasta wyglądają jak dekoracje a pizza jest nudna jak flaki z olejem) to tak jakby nasikać mu do zupy. Tego Włochowi zrobić nie wolno. Oczywiście najlepiej w Sienie mówić, że jest piękniejsza niż Florencja a Rzym to w ogóle tragedia, bo to może się nawet spodobać ale tylko w Sienie. Operować porównaniami można i nawet trzeba ale nie można potępiać w czambuł, bo wtedy obraza do końca życia.
W Sienie źle chyba można tylko mówić (ale półgłosem) o dworcu kolejowym, jednym z nielicznych zabytków ery faszystowskiej, bo wybudowanym w roku 1935 przez znanego architekta faszystowskiego, rzecz jasna, Angiolo Mazzoniego, tego który upstrzył cały kraj przed wojną podobnymi w gruncie rzeczy budynkami we Florencji, Messynie, Gorycji, Bolzano. Jego dziełem jest też zresztą koszmarny budynek Roma Termini, którym jak był nowy zachwycał się sam Jarosław Iwaszkiewicz, że taki nowoczesny i przeszklony, że funkcjonalny. Cóż, nawet po dziesięciu liftingach nie mam do Termini specjalnego sentymentu: tłok, smród i ścisk, architektura żadna. Samochody dosłownie rozjeżdżają pieszych, sam byłem świadkiem jak elegancka limuzyna przejechała po nogach siedzącego na chodniku żebraka. I nic, nikt nawet się nie ruszył, pogotowie podjechało po piętnastu minutach.
W Sienie takiej hekatomby nie uświadczysz. Bo w Sienie, jak to na prowincji spokojnej, wszystko jest poukładane i z lekka nudne. Nawet ludzie nie rozmawiają tak głośno jak w stolicy, takie przynajmniej miałem wrażenie.
I wszędzie piasek. Dzień był wietrzny, to prawda. Niemniej jednak miałem wrażenie, że warstewka czerwonej z lekka ziemi od dawna już przykrywała samochody, kurtki ludzi i frontony kamienic.
Siena jest przyziemna i cicha. Jej sylwetka zlewa się z otaczającą ją ziemią. Kontrapunktem są oczywiście drzewa ale one dominują na peryferiach. Samo miasto to wielobarwny kamień. Cichy kamień.
Bo Siena to znaczy brak muzyki. Nie ma tutaj ulicznych grajków, tak jakby ktoś zabronił im występować. Może od czasu do czasu jakiś się trafić niemniej jednak gdzie Sienie do Neapolu a nawet do Rzymu. Gdzie Spaccanapoli i Piazza del Campo. Jedzenie w Sienie? Może być. Ale jedzenie w Neapolu, to jest dopiero jedzenie.